Nil admirari – nie dziw się niczemu – mówili starożytni. W Puszczykowie to trudne, choć przywykliśmy do dziwnych pomysłów i sytuacji. Tym razem ponownie chodzi o plan zagospodarowania części Puszczykówka między Wartą a torami oraz ul. Dworcową a Mickiewicza. Urząd miejski „nagle” przypomniał sobie o tym planie, choć sprawa ciągnie się od lat. Plan ma prawie niezmieniony kształt mimo licznych uwag i kontrowersji, jakie wywołał po ostatnim wyłożeniu w 2014 roku.

Radni jak zwykle otrzymali materiały na ostatnią chwilę. Chodziło o efekt zaskoczenia? Część uwag mieszkańców urząd miejski uwzględnił, ale nie ujęto tego w rysunku. Czy taka niespójność jest dopuszczalna?

Pracownica urzędu przypomniała, że zobowiązał się on do sporządzenia planu chroniącego walory dzielnicy, którą wojewódzki konserwator zabytków próbował przed laty wpisać jako układ urbanistyczny do rejestru zabytków. Świadomi mieszkańcy, a było ich wcale dużo, byli za. Wpis taki chroni bowiem na danym terenie dotychczasowy sposób przeznaczenia nieruchomości, uniemożliwia wtórny podział gruntów itp. Czyli pozwala zachować dotychczasowy charakter i krajobraz. Urząd miejski był wtedy przeciwny i wykorzystał protest części mieszkańców, którzy nie rozumieli, że nie chodzi o indywidualny wpis ich domów i ogrodów.

historia

Poszerzenie ul. C.Ratajskiego ma się odbyć kosztem m.in. drzew sadzonych z okazji 500 rocznicy bitwy grunwaldzkiej

Nowy plan zagospodarowania ma zatem podobno zastąpić funkcje ochronne wpisu dzielnicy do rejestru zabytków. Nie przekłada się to jednak nijak na przedłożony projekt planu. Swoisty kod genetyczny miasta stanowi jego sieć drożna i podziały geodezyjne – przebieg granic i wielkość posesji. Historia determinuje na wieki rozwój przestrzenny, który w wyjątkowych miejscach jest dziedzictwem kulturowym. Zamiast chronić, urząd tym planem zamierza zmienić to, co jeszcze się uchowało.

Plan w zabytkowej dzielnicy dopuszcza działki minimum 1000 m2. To mało i de facto jest to zgoda na wtórne podziały i zagęszczenie zabudowy. Także sieć drożna jest przekształcana. Plan likwiduje stare i charakterystyczne pieszo-jezdnie szerokości ok. 6m. Poszerza ulice kosztem prywatnych działek i projektuje chodniki. To zaproszenie do szybszej jazdy i atak na prywatną własność. Dodatkowo przewiduje przy ul. Słowackiego dwie długie ślepe ulice, które umożliwią powstanie wielu domów w dotychczasowych ogrodach. Doprawdy nie trzeba być urbanistą, żeby uznać to rozwiązanie za bubel. Urząd bardziej troszczy się o tych, którzy chcą podzielić i sprzedać grunt, niż o mieszkańców, którzy chcą w Puszczykowie spokojnie mieszkać. I tak vis a’ vis muzeum Fiedlerów, wprost głównej bramy ma powstać nowe osiedle (fot. poniżej).

słowackiego

 

Samochody turystów będą tę ulicę blokować, powodując nowe konflikty i uciążliwości. Wjazd straży pożarnej, pogotowia itp. będzie utrudniony.

Miasto tak bardzo chwali się muzeum – pracownią Arkadego Fiedlera. Ale w sąsiedztwie tego zabytku planuje nowe domy i ulice, choć musi sobie zdawać sprawę, że zmieni to całą okolicę. Urzędniczka powiedziała, że ponieważ plan tworzony jest tak długo (dlaczego?), ten „sięgacz” powstanie na mocy wydanej już decyzji o warunkach zabudowy. Przedmiotowa nieruchomość od dawna jest na sprzedaż, o czym informuje reklama na płocie. Miasto nie zawiadomiło o decyzji sąsiadów. Obecny na posiedzeniu pan Marek Fiedler nic o niej nie wiedział. Chyba że po drugiej stronie ulicy nie jest sąsiadem? A może prawo tego nie wymaga? Decyzja o warunkach zabudowy została wydana podczas pracy nad planem, nie czekając na jego uchwalenie. Po co więc plan za dziesiątki tysięcy złotych, skoro swoją wizję miasta można przeforsować inaczej?

dąb

Plan zakłada nie tylko poszerzenie ulicy, ale także ścięcie narożników ulic, w tym ze starym dębem na Słowackiego.

 

Kontrowersje ponownie wzbudził zamiar poszerzenia ulic Ratajskiego i Mickiewicza kosztem prywatnych ogrodów (fot.poniżej). Na narożnikach obu ulic domy stoją wyjątkowo blisko dróg. Urząd z maniakalnym uporem dąży do odebrania właścicielom części ich ogrodów w celu poszerzenia pasa drogowego. Czemu to ma służyć, tego pojąć nie sposób. Wszystkie media już są. Odebrany pas gruntu nie ma być jezdnią, a stare drzewa mają pozostać. Dlaczego zatem z naszych podatków miasto ma wykupić czyjś grunt prywatny mimo jego protestu? I tak nie osiągnie się normatywnej szerokości ulicy 20 m, więc po co w ogóle? Miasto nie dba o istniejące pobocza, które zarastają np. wzdłuż ul. Wczasowej, narażając pojazdy i zwierzynę na zderzenia. Na ulicach miasta najpierw trzeba podciąć zwisające gałęzie i kosić trawę. Do tego nikt się niestety nie garnie. Ale odebrać komuś grunt – jak najbardziej.

mazurowska

Wjazd na ul. Mickiewicza ma być poszerzony kosztem m.in. zabytkowego ogrodu

Przedmiotowa dzielnica ze swoimi ulicami istnieje ponad sto lat. Przetrwała wojnę i okupację, a później kilkadziesiąt lat realnego socjalizmu. Dlatego tak zachwyca mieszkańców i turystów, bo zachowała typowy puszczykowski charakter. Dlaczego urząd z taką determinacją chce zmienić to, co dobre i to wbrew i kosztem mieszkańcom? Dlaczego nie dba o nasze dziedzictwo?

reymonta

Ogromne nowe domy okno w okno przy ul. Reymonta są świadectwem polityki przestrzennej miasta.

 Mikołaj Pietraszak Dmowski

Komentarzy: 14 o “Plan zniszczenia przestrzennego

  1. Niech urzędnicy lepiej zajmą się czymś pożytecznym. Zaraz mi zlikwidują przejazd, a ci tylko myślą, jak tu wiarze zabrać trochę gruntu, a innemu obłatwić sprzedaż chaty.

    1. Pytania do byłych lub obecnych Radnych: Czy te plany przechodzą przez ręce Pani Aliny Stępniak ? Jaki jest jej osobisty udział w takim planowaniu ?

  2. Podzielam troskę Szanownego Autora o wygląd naszego miasteczka, niemniej jednak uważam, iż każdy właściciel ma prawo do dysponowania swoją własnością. Nie można ograniczać tego najważniejszego z praw! Kiedy ludzie zrozumieją, że nie tędy droga. Warto przypomnieć sobie Puszczykowo z początku lat 90 – tych. Bałagan wokół domów, brak zieleni, ogrodów. Z biegiem lat „samo się zrobiło”. Ludzie zaczęli podpatrywać – jeden od drugiego. Siali, wsadzali, porządkowali. Dziś to „obciach” mieć brzydko wokół siebie. Dajmy ludziom więcej swobody, a nie ograniczeń. Nie można regulować wszystkiego w urzędach. Prawa jest w naszym życiu aż nadto. Może Autor za mocno się martwi, że na ulicy Słowackiego powstanie osiedle. Czy w tej okolicy nie powstały ładne domy (choć to kwestia innej wrażliwości)? Czy rzeczywiście straszenie „osiedlem” jest uzasadnione? Ktoś chce sprzedać – proszę bardzo. Ktoś inny buduje duży dom – oczywiście zgodnie z prawem budowlanym, też może to robić.
    Dlaczego Autor miałby mieć coś przeciw, nie rozumiem. Rządzić w ogródku sąsiada to Nie Prawo!

  3. Uważam, że Autor słusznie martwi się przed, a nie po wybudowaniu osiedla. W Puszczykowo jest wiele przykładów samowoli, czyli niestosowania się do istniejących przepisów. Dotyczy to odległości budynków od ogrodzenia, pozostawienia w 60% powierzchni niezabudowanej, stawiania pełnych ogrodzeń, itp. Niestety także mnożą się przykłady bezmyślności, tu dobrym przykładem jest słup w świetle wiaty lub próby lokowania wielkopowierzchniowych sklepów między domami jednorodzinnymi zamiennie z wysokimi budynkami wielorodzinnymi górującymi znacznie nad okolicą, bez zabezpieczenia wystarczającej ilości miejsc parkingowych. Dlaczego Polak ma być mądry dopiero po szkodzie.

    I a propos szkody, zły to gospodarz, który zadłużone bardzo mocno miasto zadłuża jeszcze bardziej.

  4. Szanowny Anonimie,

    widzę w Twoim wpisie pomieszanie pojęć.

    Planowanie przestrzenne jest w założeniu działaniem społecznym, wspólnotowym. Niedoskonałe prawo polskie tak też do tego podchodzi, choć jego zastosowanie budzi często wątpliwości. Stąd procedura sporządzania i uchwalania planów oraz udział sąsiadów w postępowaniu dot. decyzji o warunkach zabudowy.

    Każdy ma prawo dysponować swoją własnością, ale w granicach prawa. Rozporządzanie gruntem to prawo np. do jego sprzedaży, darowizny, dzierżawy. Nie należy tego mylić ze zmianą sposobu użytkowania. Skutki prawa własności ograniczać się powinny do oddziaływania na tę własność, w tym przypadku nieruchomość. Inaczej mówi się o inmisji.

    Powstanie zupełnie nowych ulic biegnących wgłąb parcel i prostopadle do dróg istniejących od stu lat, dotąd organizujących przestrzeń, to wielka ingerencja w otoczenie. Nowe domy, większy ruch, większy hałas. Tutaj za istniejącym domem i za płotem sąsiadów mają powstać po cztery domy z każdej strony sięgacza. Przy tych ślepych i na siłę wepchniętych ulicach będzie zatem stać po pięć domów z każdej strony. To tzw. mini osiedle. Dla sąsiadów tego nowego osiedla to właśnie jest rządzenie w ICH ogródkach, bo za ICH płotem po kilkudziesięciu latach ciszy i spokoju powstanie coś zupełnie nowego, co zmieni ICH standard życia. Godząc się na nowe osiedla Anonim „kochampuszczykowo” rządzi w ogródkach tych sąsiadów, a to nie prawo!

    Ciekawe, że argument własności i nieskrępowanego z niej korzystania jest przy przekształceniach przestrzennych – developmencie – przywoływany zawsze, gdy jest to wygodne dla spekulanta, który dla indywidualnej korzyści zmienia dotychczasowy sposób użytkowania. Natomiast gdy miasto chce zabrać prywatny grunt, np. dwu rodzin przy narożnikach Ratajskiego i Mickiewicza, żeby dosłownie pod ich oknami poprowadzić ulicę i przy tym odwołuje się do rzekomych potrzeb społecznych (normy, wygoda, komunikacja itp.), to prawo własności się nie liczy.

    Gdy Kalemu nie pozwolić trzymać krowy, wielkie naruszenie prawa. Gdy Kali ukraść, jego dobre prawo.

  5. Brak zgody na developera za płotem to nie rządzenie w czyimś ogródku. Nie wtrącam się sąsiadowi, czy u siebie sadzi kwiatki, czy sieje trawę. Póki to jest ogród, to nic mi do tego. Ale gdybym miała mieć zamiast ogrodu za płotem ulicę i ileś nowych domów, to bym protestowała. U nas w mieście to jedna pani z urzędu decyduje, czy i jak będziemy żyć w naszych własnych domach, na co będziemy patrzeć przez okno i czy obok powstanie supermarket, czy szeregowiec. Czy to jest demokracja, że jedna urzędniczka ma taki wpływ na życie tysięcy mieszkańców? Żeby jeszcze miała odrobinę gustu, ale Bozia nie dała.

  6. Szanowni Państwo, przyglądam się z niepokojem artykułowi i komentarzom pod nim i dobrych wniosków nie mam. Autor M.P-D stosuje retorykę Kalego pod adresem „KochamPuszczykowo”, a sam ją uprawia w swoim tekście: „Był ogród więc ma być ogród bo Kali tak chcieć, bo jak nie będzie ogród tylko domy to Kalemu się źle mieszkać”. Proszę Państwa tak nie wolno! Jeśli ogród jest Kalego to proszę bardzo, ale jeśli nie jest to już Kalemu nic do tego jaki dom tam powstanie jeśli tylko zostanie pobudowany z zachowaniem prawa budowlanego, a ono stanowi wyraźnie co wolno a czego nie. Swoją drogą mówić o zachwaszczonej i zaniedbanej działce, że jest ogrodem to gruuube nadużycie.
    Trzymając się faktów, autor M.P-D pisze, że plan zagospodarowania przestrzennego to projekt, w którym powinni uczestniczyć sąsiedzi, który ma za zadanie wprowadzać ład na danym terenie. I owszem zgodzę się z tym założeniem, ale plan taki nie może ograniczać niczyjej własności. Jeśli teren jest niezamieszkały i plan jest tworzony od podstaw to proszę bardzo można puszczać wodze fantazji i wymyślać co się chce. Niestety na terenie częściowo już zabudowanym będzie tylko protezą i musi być dopasowany do istniejących już budynków oraz uwzględniać zapotrzebowanie ludzi tam mieszkających. Jeśli dany teren zajmują domy jedno- i wielorodzinne to musi on zezwalać na budowę nowych o takim samym przeznaczeniu. I w tym znaczeniu sąsiedzi nie powinni wnosić sprzeciwów, gdyż wychodzi znów retoryka Kalego. Kali dawno temu wybudować, a teraz innym nie wolno zaburzać spokoju Kalego…
    Pytanie mam bezpośrednio do autora M.P-D. czy dawno temu gdy był budowany Pana dom ktokolwiek słyszał o takim wymyśle jak plan zagospodarowania przestrzennego? Otóż od razu Panu odpowiem, że nie. Istniało za to coś bardzo mądrego jak stosunki dobrosąsiedzkie i one bardzo ładnie regulowały takie sprawy. I powiem Panu więcej one właśnie opierały się na poszanowaniu cudzej własności, które jest prawem najwyższym. Zasada była prosta, nie rób drugiemu co Tobie nie miłe. Na pewno nikt nie ustalał czy sąsiad może mieć dom jedno czy wielorodzinny, czy okna ma mieć kwadratowe czy prostokątne i jak duży ma mieć dom…
    Zofia pisze, że brak zgody na developera za płotem to nie rządzenie w czyimś ogródku, ale mamy tu chyba niezrozumienie faktów i straszenie słowem „developer”. Jeśli daną działkę miałby zająć blok mieszkalny to faktycznie można mieć obiekcje, bo w pobliżu takich budynków nie ma. Ale jeśli działkę mają zająć domy jednorodzinne zajmujące odpowiednią wg prawa budowlanego powierzchnię gruntu to pytam, co za różnica czy te domy wybuduje jeden inwestor zwany developerem czy przykładowo pięciu indywidualnych? Osobiście chyba wolałabym pięć domów o podobnej estetyce w przypadku developera niż pięć indywidualnych projektów, a każdy z innej beczki. Ale to już rzecz gustu i estetyki, ale proszę odczarować słowo developer, bo akurat w tym kontekście brzmi ono groteskowo.
    Jedyne z czym mogę się zgodzić to fakt, iż miasto nie powinno wywłaszczać mieszkańców, żeby zmieniać istniejącą sieć dobrze funkcjonujących dróg. Ale będę nudna i znów powiem, że moje przekonanie w tym względzie w pełni opiera się na poszanowaniu prywatnej własności. Ale czy kogoś przekonam?

    1. Pani Magdo. Czy jako właścicielowi kamienicy na Rynku w Poznaniu przysługuje prawo rozegrania jej i postawienie nowego, w innym stylu? Z pani wypowiedzi tak by wynikało. Albo czy rolnik na swoim polu może posiać co chcę, choćby mak? Nie bo choć jest właścicielem to ograniczają to inne przepisy. Tak samo jest w Puszczykowie- mogę być właścicielem ale muszę podporządkować się prawu, a takim są plany zagospodarowania.

  7. Droga Magdo, chyba nie wiesz, ale my tu podobnie jak w Warsiawie mamy też salon, no może salonik, któremu strasznie podpadłaś, popełniwszy swój komentarz. Stałaś się zapewne niegodna podania ręki, uchylenia kapelusza.Klub Wzajemnej Adoracji Skansenu nie wybacza. Jak dla mnie był to, jedyny racjonalny komentarz wolność ubezpieczający.

    1. A ja chcę żyć w skansenie, jeśli Puszczykowo nim jest! Nie zgodziłbym się, gdybym zamiast dwóch sąsiadów nagle miał mieć ich kilka razy więcej.

      Jak ktoś się źle czuje w Puszczykowie i woli Luboń, może się przeprowadzić. Niech Puszczykowo zostanie Puszczykowem! Amen.

  8. Szanowne Zofio i Magdo,

    dziękuję bardzo za komentarz i polemikę. Spieszę odnieść się do kilku kwestii.

    Liczy się przeznaczenie terenu. Żałuję, że jakiś ogród jest zaniedbany. W Polsce nikt nie wtrąca się w jego kształt i stan. Ale na Zachodzie i w kulturze anglosaskiej np. w USA już tak. Społeczność ingeruje tam nawet w typ ogrodu, czyli np. w rodzaj roślinności. I często reguluje kiedy i jak często trzeba kosić prywatny trawnik. Jeśli ktoś się nie stosuje, dostaje upomnienie, mandat, a na koniec gmina wykonuje zadanie zastępczo i obciąża kosztami właściciela.

    We Francji w poszczególnych regionach dopuszcza się wyłącznie określone barwy stolarki. W Turenii są dwa. I nie wolno robić okien w połaci dachu. W Anglii w wielu dzielnicach miejskich jedyny indywidualizm, na jaki mogą pozwolić sobie właściciele domów, to kolor drzwi wejściowych. Fasady muszą być odświeżane co pięć lat.

    To są kraje o wzorowej demokracji i poszanowaniu własności. Mimo to nikt nie kwestionuje prawa społeczności do regulacji zagospodarowania przestrzennego. Dlatego Anglia czy Francja są tak ładne, a turystyka stanowi ważną gałąź gospodarki. Do brzydkich miejsc nikt nie chce przyjeżdżać na wakacje.

    Lokalizacja decyduje zasadniczo o prestiżu i wartości nieruchomości. Stąd sąsiadom (społeczności, gminie) zależy na tym, żeby wszyscy trzymali równy poziom estetyki i dbałości. (Przekłada się to na podatki, czyli wpływy do budżetu gminy.) Stąd ucieczka mieszkańców, gdy osiągnięty zostanie punkt krytyczny zaniedbania i tworzenie się społecznych gett. Odwrotnym zjawiskiem jest gentryfikacja, którą osiąga się np. za pomocą rewitalizacji.

    Plan „musi być dopasowany do istniejących już budynków oraz uwzględniać zapotrzebowanie ludzi tam mieszkających” – zgadzam się zupełnie. Z naciskiem na tych mieszkających, a nie tych sprzedających.

    Planowanie przestrzenne i plany zagospodarowania znane są w Wielkopolsce od XIII wieku. Już wtedy występują fachowi praktycy, wyspecjalizowani w zakładaniu miast i wsi oraz ich organizacji przestrzennej. W Polsce, jak w całej Europie, renesans przynosi rysowane plany urządzeniowe nowych miast.

    W naszej okolicy ścisłe, odnoszące się do konkretnej lokalizacji, planowanie przestrzenne sięga przełomu XVIII i XIX wieku. Druga połowa XIX w. i pocz. XX to już rozwinięte prawodawstwo w tym zakresie i często plany szczegółowe, organizujące nie tylko przestrzeń wspólną (publiczną), lecz także poszczególne działki indywidualne, architekturę domów itd. Całość ułatwiało o wiele wyższe niż obecnie poczucie estetyki u szerokich rzesz społeczeństwa. Nie mówiąc o fachowym przygotowaniu architektów i urbanistów.

    Przeświadczenie, że kiedyś, choćby przed wojną, nie było planowania przestrzennego, jest nieuzasadnione. Miejscowości typu Puszczykowa – bez jego przyłączonych po wojnie części wiejskich – Niwki i St. Puszczykowa – były zabudowywane ze szczególną dbałością. Rzekomy liberalizm w tym względzie nie istniał.

    Planowanie przestrzenne od zawsze zależy od suwerena. W ustroju demokratycznym suwerenem jest naród. Z tego biorą się regulacje prawne, procedury, które wobec planowania przestrzennego oddają władztwo społeczeństwu.

    Też się zgadzam, że nie należy „zmieniać istniejącej sieci dobrze funkcjonujących dróg”, a tym jest tworzenie w starych układach przestrzennych nowych ulic.

    Pozdrawiam!

  9. Część Puszczykowa o której toczy się tu dyskusja jest utrzymana w stylu zabudowy willowo-parkowej z rozległymi rezydencjami i taki charskter dzielnicy powinien być utrzymany. Jeśli są wolne tereny do zabudowy, to czy sąsiadom się to podoba czy nie, nowe domy będą powstawać. Każdy chce mieszkać w ładnym miejscu. Jestem też w stanie zrozumieć lęk przed zmianami, ale gdyby wszyscy ludzie cały czas tak się bali to do dziś mieszkaliby w jaskiniach… A jeśli ktoś nie chce widzieć sąsiadów proszę zainwestować, wykupić odpowiednio duży teren i posadzić drzewa, jego wola. Miasto musi się rozwijać, a jak ktoś chce mieszkać w skansenie to proponuję przeprowadzkę do Szreniawy, cicho, wiejsko, sielsko…

  10. Pani Magdo, proszę nie żartować z ludzi. To jest właśnie salonowe myślenie: Jak masz pieniądze, to możesz sobie pozwolić na komfort życia w normalnych warunkach – ciszy i spokoju. A jak nie, to, sorry, sprzedaj swój dom za niższą stawkę i wy…daj do bloków. Bo zbudują ci osiedle pod nosem albo stację benzynową, albo zrobią usługi lub sklep wielkopowierzchniowy. Temu służy planowanie, żeby nie tworzyć konfliktów społecznych i godzić różne potrzeby, a nie tylko realizować interes jednostki. Myślę, że przeciwko pojedynczym domom na dużych działkach nikt by nie protestował. Ale tam są zamiary budowy wielu domów na niedużych działkach i wytyczenia nowych ulic. Dlaczego dotychczasowi mieszkańcy mają ponosić koszty, bo ktoś chce zarobić? Niszczenie nie jest rozwojem. Zabudowa każdego kawałka też nie. Jak Pani woli Komorniki, niech Pani się przeprowadza, a nam pozwoli żyć, tak jak chcemy.

    1. Panie Stanisławie, ja sobie z nikogo nie żartuję. Zmorą dzisiejszych czasów jest brak umiejętności czytania ze zrozumieniem! Proponuję ponowną wnikliwą lekturę moich postów. W obu podkreślałam utrzymanie charakteru istniejącej zabudowy, co tym samym wyklucza SKLEP Wielkopowierzchniowy czy przytoczoną przez Pana stację benzynową. Jeśli działki są budowlane to mogą być zabudowane. Przecież nikt nie mówi o karczowaniu lasu. Miał Pan przez 30 lat ciszę a teraz będzie Pan miał sąsiada. Kto wie, może jeszcze okaże się że będzie to nowa przyjaźń na lata. Życzę tego Panu z całego serca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.