Gdy rano wyruszyłem po zakupy do mojego ulubionego sklepu ulice były jeszcze puste. Za drugim zakrętem zobaczyłem jednak zamiatarkę. Niedługo urząd tak wyczyści ulice, że od szczotki zrobią się dziury – pomyślałem. Na wygrabionych do cna trawnikach nie można było znaleźć nawet listka, a ulice i chodniki wprost lśniły czystością. Wycieczki z Niemiec i Szwajcarii oglądały nasze miasto z niedowierzaniem … .

Za kolejnym zakrętem zobaczyłem charakterystyczną postać. To był nasz burmistrz. Jak co dzień rano obchodził ulice, żeby osobiście przekonać się, że wszystko jest w porządku. Dzień był zimny. Mżyło. Burmistrz miał ogorzałą od  wiatru twarz. A i tak tchnął szczęściem i zaraźliwym zaangażowaniem. Odmachał mi serdecznie na powitanie. Za nim pędziło dwóch urzędników. Jeden zapisywał uwagi szefa, drugi dzwonił, żeby wdrożyć działania służb miejskich.

To nieludzkie – pomyślałem. Ogromną większością głosów wybraliśmy naszego burmistrza na kolejną kadencję. Tak, trzeba to wyznać – zrobiliśmy to z egoizmu, zupełnie nie troszcząc się o niego. Przecież tę ciężką pracę może przypłacić zdrowiem! Chcieliśmy nadal żyć w pięknym miasteczku i nie mieć absolutnie żadnych kłopotów. Burmistrz od pięciu lat załatwiał je prędzej, niż my dowiadywaliśmy się o ich istnieniu. Odbywało się to jego kosztem. Jak on to robi? – zastanawiali się wszyscy. Rano biega lub jeździ po mieście. Potem do późnego popołudnia siedzi w urzędzie. Po pracy biurowej idzie na posiedzenie komisji lub rady miejskiej. I tak dzień w dzień. Wieczorem musi padać ze zmęczenia – współczuliśmy mu. W weekendy biedaczek też nie ma czasu dla siebie: podjął kolejne studia podyplomowe. I żeby  jeszcze jakoś zarabiał! Ale nie, on swoją i tak niewielką pensję kazał obniżyć. Nie pomogły prośby radnych i błagania urzędników. Uparł się, że miasta nie stać na takie wydatki, a poza tym on może i tak dobrze żyć, więc wyższa pensja mu niepotrzebna…  Jakimi szczęściarzami jesteśmy – pomyślałem sobie.

Już jednak dwie ulice dalej wzrok mój przykuła następna postać. Zastępca burmistrza, biorąc wzór ze szefa, więcej biegał po mieście, niż mógł wysiedzieć w urzędzie. Teraz sprawdzał, jak buduje się jedną z ostatnich nieutwardzonych ulic. Nawet mnie nie zauważył. Był zajęty wykłócaniem się z wykonawcami. Oni zaś żałowali, że przyjęli tę robotę. Gdzie indziej było łatwiej. Tu żadna fuszerka nie przeszła…

Na rondzie zobaczyłem urzędnika. Jak nadzorca stał nad kobietami na kolanach pielącymi rabaty i palcem pokazywał opuszczone pojedyncze chwasty. Na dużym afiszu nieopodal uśmiechnięty skarbnik zapewniał: Możesz być spokojny – Twoje podatki wydajemy sensownie i gospodarnie! Przecież wiem – pomyślałem. Kocham was, ufam i dziękuję. Za wasz codzienny trud, za poświęcenie, za ofiarność!

Z tego błogostanu wyrwał mnie budzik. Czyżby to był tylko sen? – zastanawiałem się przecierając oczy.

 

Mikołaj Pietraszak Dmowski

Komentarzy: 2 o “Miasto jak marzenie

  1. Wow!!!
    „Obcy-decydujące starcie” !
    Taki sci-fi, jaki tu przeczytałam nie śnił mi się w najgorszych koszmarach…

    Trzeba wysłać oddział komandosów, żeby uwolnił nasze miasto od takich aliens-barbarzyńców uzbrojonych w szufelki i grabie !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.